środa, 20 marca 2013

Kierunek - Niebo


Przychodzą dni, gdy brakuje cierpliwości.
Przychodzą dni, gdy brakuje łagodności.
Przychodzą dni, gdy brakuje siły.
Przychodzą dni... I odchodzą dni.
Podobnie problemy.
Życie płynie jak rzeka.
Życie pełne doświadczeń.
Doświadczenia przyjemne i nieprzyjemne.
Doświadczenia ubogacają życie.
Jak ryby ubogacają rzekę.
Co to za rzeka bez ryb?
Co to za życie bez doświadczeń?
Wiara pozostaje niewzruszona.
Wiara mocna jak skalisty brzeg.
Wiara trzyma rzekę w korycie.
Boże płyniesz ze mną przez życie.
Jesteś obecny.
Jesteś rzeką.
Jesteś rzeki korytem.
Znasz kierunek.



niedziela, 17 lutego 2013

Do tańca i do różańca




W weekendy na naszej placówce organizujemy gry i zabawy dla dzieci. Zachęcamy do brania udziału w zajęciach sportowych. Chcemy wolny czas dzieci wypełnić radością. Skakanki, kredki, piłki są w ciągłym ruchu. Cieszymy się gdy widzimy uśmiechy na twarzach naszych podopiecznych.
Super... ale czy to już jest wszystko co możemy zrobić?. W pewnym momencie bycia na misji poczułem, że czegoś brakuje w mojej pracy. Nie od razu wiedziałem czego brakowało, ale uratowały mnie inspiracje z zewnątrz.



Inspiracją było dla mnie, kiedy zobaczyłem jak mój współlokator Alexio modli się z młodzieżą przed rozstaniem się z nimi i rozesłaniem ich do domów.
Inspiracja przyszła do mnie drogą międzykontynentalą przez internet, kiedy wolontariusz Adam, który jest w Peru przypomniał nam w mailu, o błogosławieniu naszych podopiecznych. Chodzi o to, że przed rozstaniem, na czole naszych małych psotników stawia się kciukiem krzyżyk. Mały gest, duża moc.
Inspiracje znalazłem 700km na północ Zambii, w wiosce Lufubu. Mamy tam dwójkę wolontariuszy, Ilonę i Krzyśka. Spędzając z nimi okres Bożego narodzenia, zabrali mnie na wspólny różaniec z dzieciakami.

W takich momentach coś we mnie zaskakuje. Wiem, że muszę wprowadzić te praktyki w życie u siebie na placówce. Mam wewnętrzną pewność. Dostaje zastrzyk siły, energii i entuzjazmu. Chcę działać!

Hmmm.. tylko jak mam zmusić dzieci w wieku od 6 do 14 lat żeby klepały zdrowaśki przez pół godziny? Przekupić je słodyczami? Schować wszystkie piłki i skakanki, tak żeby nie miały lepszej alternatywy spędzania wolnego czasu? Z pewnością moje pomysły byłyby skuteczne, jednak w tym wypadku postanowiłem oddać sprawę w ręce Maryi. Matko Boża, jeżeli to natchnienie pochodzi od Ciebie i chcesz żeby różaniec u nas funkcjonował, to przyślij mi tych, których chcesz żeby się ze mną modlili. Wszystkim zaproponuje, ale nikogo nie będę namawiał. Ty sama wzbudź pragnienie modlitwy różańcowej w ich sercach. I Matka Boża wzbudziła. Od kilku tygodni różaniec robi rewolucje w sercach moich psotników, oraz w moim.

 





Przychodzi taki moment w życiu, że uświadamiasz sobie, że robisz za mało. Czegoś brakuje w tej całej twojej pracy. Tak samo bywa w pracy misyjnej. Wtedy potrzebna jest inspiracja. Czasem przychodzi sama, czasem odnajdziesz ją gdzieś daleko. Czegoś brakowało w mojej pracy z dziećmi a ja nie mogłem dojść czego. Myślę że chodziło o duchowość... a konkretnie o ich dusze. Można zapewnić ludziom doskonałą rozrywkę, ale na nic się to zda, jeśli nie zbawią swoich dusz. Myślę że dobry wolontariusz to taki, który zatroszczy się dla swoich podopiecznych o jedno i o drugie.


 

 



 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Fabryka przyszłości

 
 
 
Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem majsterkować. Często biegałem ze śrubokrętem lub młotkiem w dłoni. Pomagałem tacie zbijać paczki na ziemniaki, rozkręcałem stare zegarki i radia. Wrodzona ciekawość pchała mnie naprzód jak przygoda. Myśl przewodnia mojego dzieciństwa brzmiała: Fajne urządzenie!Ciekawe, jak jest zrobione? Kombinerki i klucze do śrub były moimi przyjaciółmi. Naprawienie zapięć narciarskich czy miksera kuchennego sprawiało mi przyjemność. Dawałem bezużytecznym rzeczom drugie życie. Lubiłem to.
 
10 lat później wylądowałem w Norwegii. Pracowałem przy produkcji drzwi i okien. Moja siostra kupiła dom i zacząłem remonty. Panele, karnisze, blaty kuchenne, uchwyty, listwy przypodłogowe, odnawianie starych szafek. Długa lista. Nabyte w dzieciństwie umiejętności przydały się w odnawianiu domu. A odnawianie domu przydało się w Afryce. W 2012 roku wylądowałem na placówce misyjnej w Kabwe, w Zambii.Przełożony wskazał mi krzywy stół, rozklekotane krzesła, zacinające się drzwi i szafkę do odnowienia. Poszło jak z płatka. To były początki na misji. Później worek z rzeczami do naprawy się rozwiązał.
 
Podobnie komputery. W wieku piętnastu lat szalałem na ich punkcie. Kiedy dostałem pierwszy komputer, byłem wniebowzięty. Wpatrywałem się w niego godzinami. Oczy czerwieniały, tętno ustawało. Na szczęście później zmądrzałem. To „później” trwało kilka lat. Ale o komputerach wiedziałem wszystko.Ta wiedza teraz mi się przydaje. Prowadzę w Afryce kursy komputerowe.
 
Kilka lat temu odkryłem w sobie powołanie misyjne. Zgłosiłem się do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. Salezjanie przygotowali mnie do wyjazdu.W Zambii zrozumiałem, że sam Bóg już od małego przygotowywał mnie do misji.W fabryce teraźniejszości szlifował moją przyszłość.
 
To, co robiliśmy w przeszłości, przygotowało nas do tego, co robimy teraz. To co robimy teraz, przygotowuje nas do tego, co będziemy robić w przyszłości. Więcej. Nasza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są przygotowaniem do wieczności. A nad tym wszystkim spokojnie czuwa ręka Boża.
 
 
 

środa, 2 stycznia 2013

Wewnętrzna walka

Na przystanku autobusowym ruch jak w ulu. Ludzie schodzą się ze wszystkich stron, po czym gromadnie wciskają się do swoich autokarów. Właśnie wybiła 18:00, ja nadal czekam na busa, który powinien tu być o 16:30. Stoję oparty o barierkę i denerwuje się. Kątem oka widzę czarnoskórego, bezdomnego gościa, który podchodzi do śmietnika 10m ode mnie. Przeszukuje kosz w poszukiwaniu jedzenia. Nie ma butów, jego ubranie jest brudne. W niemytych od dzieciństwa włosach można by znaleźć drobne śmieci pamiętające czasy kolonializmu. Mam ochotę coś zrobić. Chciałbym mu jakoś pomóc. Tylko jak? Zaczyna się wewnętrzna walka.

Anioł:
Pomyśl co możesz mu dać.

Diabeł:
No co mu dasz? 1000 kwacha? Bardzo szlachetnie. Na pewno pójdzie i kupi sobie coś do jedzenia. Popatrz, to jakiś pijak. Rozejrzyj się ile tutaj jest ludzi w około. Dlaczego akurat ty miałbyś mu coś dawać?


Anioł:
Masz w plecaku pięć bułek na podróż.

Diabeł:
Pamiętasz przypowieść o nieroztropnych pannach? Zabrakło im oliwy, a roztropne się z nimi nie podzieliły, bo też by im zabrakło. Przed tobą długa, dwunasto-godzinna podróż autobusem. Lepiej zatrzymaj prowiant dla siebie.


Anioł:
Możesz dać mu bułkę.

Diabeł:
Czy to coś zmieni? Biedak poradzi sobie i bez Twojej jednej bułeczki. Do tej pory sobie jakoś radził i żyje.



Anioł:
Jeżeli podejdziesz i podarujesz mu jedną bułkę, to będzie piękny gest.

Diabeł:
Widzisz tych ludzi w około? Wyobraź sobie jak się będziesz czuł podchodząc z Twoją bułką do bezdomnego. Wiesz jacy są ludzie. Ze wszystkiego się wyśmieją. Nawet jeśli nie na głos, to w duchu oni cię już po swojemu ocenią. Na pewno się wszyscy na ciebie będą patrzeć jak na głupca.


Anioł:
Wiem, że trudno jest ci się przełamać, jednak warto.

Diabeł:
Gość właśnie ma zamiar odejść od tego śmietnika. Już za późno. Jak to będzie jak zaczniesz podchodzić, a on odejdzie, bo cię nie zauważy? Zaczniesz go gonić z tą bułką? To się dopiero ludziska uśmieją. Weź sobie lepiej już daj spokój.



Anioł:
W najuboższych mieszka Jezus.

Diabeł: To bez sensu, podobnie zresztą jak ty, dobrze że już za późno. Zobacz, murzyn właśnie ma zamiar odchodzić...



Dość! Przeganiam myśli, biorę bułkę z plecaka, upewniam się czy bezdomny jeszcze nie odszedł i ruszam. Podchodzę do gościa. Czekając aż spojrzy mi w oczy, zastanawiam się co niby teraz mam powiedzieć. W końcu pokazuje bułkę w mojej dłoni i pytam: -Chcesz? Bezdomny coś bełkocze i podkłada swoje obie dłonie - znaczy chce. Daje bułkę i odchodzę. Wracam oprzeć się o barierkę.



czwartek, 13 grudnia 2012

Bazar zwany Zambią


Głęboko w Afryce na południe od równika, uśmiecha się na mapie państwo Zambia. Od trzech miesięcy to mój drugi dom. Przez ten czas moje stopy przemierzyły mnóstwo miejskich uliczek, a moje oczy zobaczyły życie ludzi tak odmienne od polskiego. Zambia to biedne państwo, jednak głównym zajęciem ludzi nie jest rolnictwo, jak to w takich państwach bywa. Owoce same rosną ma drzewach, nie potrzebują pomocy. Główne zajęcie Zambijczyków to handel. To państwo to jeden wielki bazar.

Sprzedawać można na ulicy lub na markecie. Market to takie miejsce gdzie można kupić wszystko. To ogromny jarmark, tandeta, skupisko handlarzy. Miejsce rozgwarzone, brudne i hałaśliwe. W Kabwe są dwa ogromne markety. Każdy sprzedawca tutaj, ma zazwyczaj swój stragan, zrobiony z czterech kołków, przykrytych pozszywanymi, workami. Co lepsi mają małe budynki sklepowe. Pozostali rozkładają swój towar na płótnie, na suchej ziemi. Towarem są ubrania z drugiej ręki, kalosze, plastikowe kolorowe wiadra, noże, naczynia kuchenne, grzebienie, lusterka kieszonkowe - słowem chińszczyzna. Kiepskiej jakości chińskie produkty zalewają Afrykę. Jak te towary się dostają na czarny kontynent? Otóż przypływają ogromnymi statkami, w kontenerach do portu w Dar es Salaam (Tanzania). Stamtąd ciężarówkami na poszczególne markety do handlarzy.
Oprócz chińszczyzny, na naszym bazarze można kupić produkty lokalne: owoce tropikalne, warzywa, bułki kukurydziane pieczone na oleju. Popularne są również drobne, suszone, cuchnące rybki, w okół których zawsze roją się muchy. Jednak największym hitem sprzedaży w Zambii są doładowania do telefonów komórkowych. Karty-zdrapki można nabyć na każdym rogu.

Przechadzam się po markecie w poszukiwaniu mango. Jest upalnie i tłoczno. Raz z prawej, raz z lewej strony słyszę charczącą muzykę. Zambijczycy kochają muzykę. Kto ma głośnik, wystawia przed swój sklepik i gra najgłośniej jak się tylko da. Słaby głośnik pod naporem wielkiej mocy zaczyna się pocić, sapać, chrząkać, wzdychać, skamleć i biadolić. Membrana drży, a drgania są głębokie i rozrywające. Charcząca muzyka idzie w eter, dociera do moich uszow i rozbraja zmysł koncentracji, tak, że juz nie wiem po co ja tu przyszedłem. A tak... mango. Znalazłem. Leżą na płótnie na ziemi. Obok nich leży Pani która je sprzedaje. Natomiast obok pani leży dwójka jej dzieci. Jednego z nich karmi piersią. Widać, że jest zmuszona pogodzić obowiązki matki z obowiązkami sprzedawczyni. Biorę wszystkie owoce, które jej zoztały. Dzisiaj niech wróci wcześniej do domu.

Handlować można również na ulicy. O siódmej rano, chodniki ciągnące się wzdłuż ulic mojego miasta Kabwe, zarastają różnego typu sprzedawcami. Uliczny sprzedawca rozkłada swój towar na płótnie, przykuca i czeka, na klientów. Trochę pogada z kolegą z prawej, trochę z kolegą z lewej dla zabicia nudy. Kiedy widzi przechodzącego białego, koniecznie chce zwrócić jego uwagę. Biały ma przecież pieniądze, a nóż coś kupi. Ale nie kupuje. Umysł białego funkcjonuje inaczej. Wie po co przyszedł do miasta, wie co chce załatwić, nic go nie wybije z rytmu. Widząc, że chodnik zalewają sprzedawcy oraz ich fanty, biały szuka pospiesznie miejsca gdzie postawić stopy, żeby przejść dalej. Dociera do celu, załatwia sprawę i wraca do domu. Tam obiera kolejny cel do zrealizowania.

Żeby prowadzić "działalność gospodarczą" i na przykład sprzedawać obuwie, nie trzeba wiele. Codziennie kiedy wychodzę z terenu naszej placówki na ulicę, widzę pewnego pana sprzedawcę. Jego salon obuwniczy nie ma lady ani kasy fiskalnej. Nie ma nawet ścian ani sufitu. Pan sprzedawca siedzi pod drzewem, a obok niego rozłożone jest sześć par butów - taki to sklep.

Handlowanie nie wymaga wielkiego nakładu pracy. Za to trzeba inwestować swój czas. A czas tutaj ma każdy.

 



poniedziałek, 12 listopada 2012

Wyobrażenie o Polsce

Myślenie Polaka: Ehh, gdybym tylko mógł się stąd wyrwać...

Myślenie Afrykańczyka: Ehh, gdybym tylko mógł się tam dostać...




sobota, 3 listopada 2012

Cmentarz na krańcu świata

Na cmentarzu parafialnym spokój jak w zamkniętym muzeum. Stare, grube drzewa stoją poważnie jak na apelu. Jedynie wiatr krąży zmieniając kierunki, jakby zachowanie stosownej powagi dla tego miejsca go nie obowiązywało. Porozrzucane w okół śmieci, starają się zasygnalizować, że nikt się cmentarzem nie interesuje. Między mogiłami jak okiem sięgnąć dziurawe plastikowe butelki, papierki po słodyczach i strzępki reklamówek foliowych. Za godzinę odbędzie się tu Msza Św. Dzisiaj Dzień Zaduszny. Ubrudzone i obrośnięte groby, zdają się prosić o zaopiekowanie. W tym dniu chciałyby wyglądać elegancko. Jednak nikt z bliskich osób, tych, którzy tu spoczywają nie przychodzi. Ma się wrażenie, że ludzie traktują cmentarz jak park narodowy, w którym nie wolno podnieść nawet gałęzi z ziemi, żeby nie ingerować w naturę. Nagrobne płyty nie wiedzą co to znicz. Nie doświadczyły jego ciepła. Z przymusu zaprzyjaźniły się z liśćmi, chwastami i mchem. Nie rozstają się ze sobą nawet na czas dzisiejszego święta. Ludziom, którzy przyszli na Mszę, nie przeszkadza nieporządek panujący na cmentarzu. W Zambii śmieci są na każdym kroku. Można się do nich łatwo przyzwyczaić, tak jak do tego, że na ziemi jest trawa a na niebie chmury. Poczucie bałaganu potęguje brak jednego, ustalonego kierunku, według którego ułożone są groby. Jedne są na wschód inne przekręcone na zachód lub północ. Nikt wcześniej nie zaplanował sensownego układu,  teraz cmentarz wygląda jak puzzle z prostokącików, które do siebie nie pasują.

2 metry pod ziemią odpoczywają zmęczone ciała. Za życia były obleczone czarną skórą. Jednak nie kolor skóry ma znaczenie. Ważniejszy jest tu kolor serca. Czy był czarny jak smoła i   brudny jak ten zaśmiecony cmentarz, czy biały jak świeży śnieg i promieniujący miłością?