czwartek, 25 kwietnia 2013

Wakacje z problemami


Problem z Pociągiem

Ruszamy w drogę. Na pokładzie Wiolka, Monia, Beti i ja. Jedziemy pociągiem z Zambii do  do Dar Es Salaam w Tanzanii. Przed nami 16000km. Pociąg się nie spieszy, nie jest to francuskie TGV. Afrykańska, żelazna gąsienica potrzebuje trzy dni na pokonanie takiej odległości. Niestety po dwóch dniach podróży okazuje się, że nie dojedziemy do celu, ponieważ na torach był wypadek. Wykoleiła się jakaś cysterna. Przyjechał pociąg naprawczy i też się wykoleił. Trasa zablokowana.

 
 



















 
Problem z przetrwaniem
Pociąg zatrzymuje się na wiosce w buszu. Jest pierwsza w nocy, po wyjściu z pociągu trzymamy się z nowo poznanymi znajomymi z pociągu. Musimy przeczekać do rana żeby złapać autobus. Brakuje snu.



O poranku jemy śniadanie. W lokalnym, wioskowym menu mamy dzisiaj herbate cedzoną przez sitko z genialną, świeżą limonką, oraz rozwałkowane naleśniki zrobione z wody i mąki, zwane chiapati. Następnie na śniadanie przychodzą małpy. Rozgrzebują drobinki jedzenia wysypanego na drogę, żeby znaleźć coś dla siebie.



 


W wolnym czaie rozmawiam z lokalnymi. Opowiadają historię jak kiedyś przyszły do wioski lwy z Buszu i zagryzł kilkunastu mężczyzn. Niedowierzam, ale przytakuje.





O dziewiątej udaje nam się wepchać do autobusu i ruszamy w dalszą drogę do Dar Es Salaam. Trasa biegnie przez park narodowy. Z okien autobusu możemy oglądać zwierzęta na wolności: słonie, żyrafy, zebry, antylopy. To mój pierwszy raz jak widzę słonia. Migawka w aparacie chodzi szybko.



 

 

Problem z taksówką

W Dar es Salaam rzucają się na nas taksówkarze. Zawzięcie o nas miedzy sobą walczą. Każdy chce podwieźć białych turystów. Biały ma pieniądze i nie zna lokalnych cen, to zapłaci więcej. Wymykamy się taksówkarzom i zamawiamy busa.



Problem z bankomatem
Nie mamy pieniędzy na hotel. Potrzebne szylingi tanzanijskie. Pierwszy do bankomatu podbija Niemiec, którego poznaliśmy czekając wspólnie w buszu na autobus. Bankomat nie działa. Znajdujemy kolejny. Niemiec wpycha kartę do bankomatu, nieświadomy tego, że w tym momencie właśnie się z nią rozstaje. Maszyna wessała powoli kartę i wyświetliła komunikat "Please wait" No to czekamy. Po 15 minutach dziewczyny znudzone poszły do sklepu kupić zimną colę z lodówki. My czekamy dalej. Po 25 minutach zostawiliśmy Niemca z ochroniarzem banku i wróciliśmy do hotelu. Po jakimś czasie przyszedł bez pieniędzy, bez pokwitowania ale z wielką ulgą, bo bankomat wydalił kartę.

 

Problem z dala dala

Jesteśmy w Stone Town na Zanzibarze. Musimy dołączyć do naszych znajomych w Kizimkazi. Najlepszy transport to najtańszy transport. Najtańszy transport to transport publiczny. Transport publiczny to "Dala dala". Dala dala to samochód z paką typu wóz drabiniasty. Wdrapujemy się na niego, płacimy parę groszy i próbujemy przebyć dystans 60 kilometrów jaki nas dzieli od naszych przyjaciół w Kizimkazi. Pierwsze 4 kilometry poszły jak z płatka. Później dala dala skręcił w boczną drogę, podjechał pod jakieś rozwalające się budynki, zatrzymał się i kazali nam wysiadać. Z budynku wyszło dwóch panów z kluczami nastawczymi, i zaczęli odkręcać koło. Okazało się że hamulce się zepsuły. Zdjęli koło, rozkręcili hamulce w drobny mak, nasmarowali, poskładali, jeszcze im części zostały. Godzina w plecy. Ze sprawnymi już hamulcami pojechaliśmy dalej.
 
 
Problem z Kradzieżą
Ostatni dzień wakacji. Dar es Salaam, godzina 21:00 Z przechadzki po mieście wracamy pieszo do hotelu. Jest nas piątka, ja idę z tyłu. Bardzo spokojny wieczór, jest cicho, ulica niemal pusta. Idę zrelaksowany przed siebie. Delikatnie, po cichu podjeżdża od tyłu samochód. Zauważam go dopiero kiedy, lusterko boczne niemal ociera się o moją rękę. Odwracam się lekko zaskoczony tym bliskim spotkaniem. W tym momencie czuje  bardzo mocne szarpnięcie. Ktoś się wychylił przez tylne okno samochodu i wyrwał mi saszetkę, którą miałem przewieszoną przez ramie i szyje. Samochód rusza z piskiem opon, widzę jak moja własność znika w mrocznym wnętrzu samochodu. Pierwsza myśl: to się nie dzieje na prawdę. Druga myśl: szlag! Biegniemy przez chwilę za samochodem, do momentu aż znika za zakrętem. Nie mamy szans w tych zawodach. Załamka. Miałem tam ważne rzeczy. Straciłem klucz do pokoju, trochę kasy, dwie karty sim, telefon Beti, książeczkę szczepień i co najgorsze - paszport. Bez paszportu jestem uziemiony.



Problem z korupcją

Zgłaszamy sprawę na policję. Funkcjonariusz, któremu na początku nie podobało się, że w ogóle tu przyszliśmy, nagle robi się miły i zaprasza mnie obok siebie. Pociera kciukiem o palce środkowy i wskazujący, szepcząc mi do ucha, że bez pieniędzy ciężko będzie cokolwiek załatwić. Niestety prosić obrabowanego o łapówke to tak jak prosić żebraka o jedzenie. Nic z tego.

Problem z: Co tu robić?

W Tanzanii nie ma polskiej ambasady. Co robić? Polska jest w Unii Europejskiej, więc podbijam do ambasady niemieckiej licząc, że zajmą się moją sprawą. W końcu unia to związek, a w związku należy sobie pomagać. Po przejściu przez wszystkie procedury, bramki i zabezpieczenia dostaje się do środka. Od pani z okienka słyszę wyrok: "Mr. Witkowski bez paszportu nie może pan wrócić do Zambii. Ma pan dwie opcje. Wyrobimy panu kartę powrotu do kraju. Z tą kartą może pan wrócić do Polski, ewentualnie może pan spróbować dostać się do Nairobi, tam jest polska ambasada." No to pięknie. Z Hiobowymi wieściami wracam do przyjaciół. Nie wierzą mi. Jest 13:00. O tej godzinie powinniśmy już wyruszać żeby zdążyć na pociąg do Zambii. Co robić? Dzwoni telefon, odbieram, to Papa - hindus, który mieszka w Dar es Salam od urodzenia, najbardziej ogarnięty człowiek w Tanzanii. Poznaliśmy go w pociągu, ma znajomości wszędzie, dużo nam pomógł, bez niego nie dostałbym raportu policyjnego bez łapówki, nasz anioł. Papa jest przekonany, że mogę wracać do Zambii. Na granicy celnicy mnie przepuszczą jak im pokaże raport policyjny. Nie ma czasu na zastanawianie się. Idę za jego radą, chociaż nie dowierzam, że to się uda. Zbieramy manele i udajemy się na dworzec.

Po trzydziestu godzinach jazdy pociągiem jesteśmy na granicy. Celnicy się spieszą. Mają w nosie mój raport policyjny. Machają ręką.
Przepuszczają mnie. Jestem z powrotem w Zambii!!

 

Nie żałuję problemów, które nas spotkały. Problemy czasami są darem. Dla nas były darem dzięki któremu mieliśmy mnóstwo przygód.





 

poniedziałek, 25 marca 2013

Rodzeństwo 3 + 1

Malekani nie przyszedł dzisiaj do oratorium. Pytam młodszego rodzeństwa o powód jego nieobecności i otrzymuję odpowiedź -czyta książki. Zdziwiony dopytuje o tytuły, wtedy precyzują:  -biologia, chemia... Wszystko rozumiem. Malekani jest najstarszy, to oznacza, że musi się uczyć. Przeciętną zambijską rodzine stać na wykształcenie tylko jednego dziecka - najstarszego. Pierworodny powinien się dobrze uczyć, żeby można było wysłać go na studia. To jest inwestycja. Po studiach dostanie prace i za zarobione pieniądze wspomoże edukacje młodszego rodzeństwa. Malekani ma 14 lat. To jeden z tych chłopców, na których zawszę mogę polegać. Jest zdolny i dobrze wychowany. Nie mam z nim kłopotów.


Malekani



Młodszy brat Malekaniego ma na imię Mupula. Ma 10 lat. Jest zacnym urwisem. Ma trudny charakter, nie lubi słuchać. Od samego początku naszej znajomości nam się nie układało. Nie mogłem wytrzymać, kiedy przeszkadzał mi w organizowaniu zajęć. Prowadziliśmy grę bez słów, kto będzie bardziej nieugięty - ja ze swoją stanowczością, czy on ze swoją swawolą. Żaden z nas nie chciał odpuścić. Po kilku miesiącach, do naszej bezsłownej gry przyszedł Jezus. Przypomniał o miłości. Przecież kocham te dzieciaki - pomyślałem. Wtem trafiło mnie zdanie Janka Bosko: "Nie wystarczy, że je kochasz, one muszą o tym wiedzieć". Po interwencji z nieba sytuacja wygląda inaczej. Dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. To nic, że na początku nam się nie układało, teraz to już przeszłosć. Kocham tego dzieciaka i staram się żeby wiedział, że jest mi bardzo drogi. Chociaż ma trudny charakter, to walczy ze sobą, żeby nie zepsuć naszych przyjacielskich relacj. Rozbraja mnie, kiedy widzę jak bardzo mu zależy. Staram się żeby czuł się dobrze w oratorium, on stara się żebym był z niego zadowolony.


Prezenty od Mupuli - ludziki z drutu i piłka z reklamówek.


Kolejny w rodzinie to pięcioletni Puka. Ten chłopiec to chodzące ADHD. Jest nieokiełznany jak byk na rodeo. Ma tyle energii, że nie potrafi zwyczajnie chodzić poruszając tylko nogami. Musi przy tym wywijać rękoma i podskakiwać. Jest nieuchwytny. Nie sposób zatrzymać go w jednym miejscu. Tym większe jest moje zdziwienie, kiedy widzę jak spokojnie siedzi podczas odmawiania różańca. Ten okrągły sznurek z paciorkami działa jak niewidzialny kaganiec na naszego wściekłego pięcioletniego byczka.

Puka


Jande jest najmłodszą w  rodzinie. O Jande nie wiem praktycznie nic. Dzisiaj zobaczyłem ją po raz pierwszy na plecach Mupuli, który przytaszczył ją do oratorium. Dzielny dziesięciolatek jest nianią dla swojej młodszej siostry.

Mupula z roczną Jande na plecach


 
 
 

 

środa, 20 marca 2013

Kierunek - Niebo


Przychodzą dni, gdy brakuje cierpliwości.
Przychodzą dni, gdy brakuje łagodności.
Przychodzą dni, gdy brakuje siły.
Przychodzą dni... I odchodzą dni.
Podobnie problemy.
Życie płynie jak rzeka.
Życie pełne doświadczeń.
Doświadczenia przyjemne i nieprzyjemne.
Doświadczenia ubogacają życie.
Jak ryby ubogacają rzekę.
Co to za rzeka bez ryb?
Co to za życie bez doświadczeń?
Wiara pozostaje niewzruszona.
Wiara mocna jak skalisty brzeg.
Wiara trzyma rzekę w korycie.
Boże płyniesz ze mną przez życie.
Jesteś obecny.
Jesteś rzeką.
Jesteś rzeki korytem.
Znasz kierunek.



niedziela, 17 lutego 2013

Do tańca i do różańca




W weekendy na naszej placówce organizujemy gry i zabawy dla dzieci. Zachęcamy do brania udziału w zajęciach sportowych. Chcemy wolny czas dzieci wypełnić radością. Skakanki, kredki, piłki są w ciągłym ruchu. Cieszymy się gdy widzimy uśmiechy na twarzach naszych podopiecznych.
Super... ale czy to już jest wszystko co możemy zrobić?. W pewnym momencie bycia na misji poczułem, że czegoś brakuje w mojej pracy. Nie od razu wiedziałem czego brakowało, ale uratowały mnie inspiracje z zewnątrz.



Inspiracją było dla mnie, kiedy zobaczyłem jak mój współlokator Alexio modli się z młodzieżą przed rozstaniem się z nimi i rozesłaniem ich do domów.
Inspiracja przyszła do mnie drogą międzykontynentalą przez internet, kiedy wolontariusz Adam, który jest w Peru przypomniał nam w mailu, o błogosławieniu naszych podopiecznych. Chodzi o to, że przed rozstaniem, na czole naszych małych psotników stawia się kciukiem krzyżyk. Mały gest, duża moc.
Inspiracje znalazłem 700km na północ Zambii, w wiosce Lufubu. Mamy tam dwójkę wolontariuszy, Ilonę i Krzyśka. Spędzając z nimi okres Bożego narodzenia, zabrali mnie na wspólny różaniec z dzieciakami.

W takich momentach coś we mnie zaskakuje. Wiem, że muszę wprowadzić te praktyki w życie u siebie na placówce. Mam wewnętrzną pewność. Dostaje zastrzyk siły, energii i entuzjazmu. Chcę działać!

Hmmm.. tylko jak mam zmusić dzieci w wieku od 6 do 14 lat żeby klepały zdrowaśki przez pół godziny? Przekupić je słodyczami? Schować wszystkie piłki i skakanki, tak żeby nie miały lepszej alternatywy spędzania wolnego czasu? Z pewnością moje pomysły byłyby skuteczne, jednak w tym wypadku postanowiłem oddać sprawę w ręce Maryi. Matko Boża, jeżeli to natchnienie pochodzi od Ciebie i chcesz żeby różaniec u nas funkcjonował, to przyślij mi tych, których chcesz żeby się ze mną modlili. Wszystkim zaproponuje, ale nikogo nie będę namawiał. Ty sama wzbudź pragnienie modlitwy różańcowej w ich sercach. I Matka Boża wzbudziła. Od kilku tygodni różaniec robi rewolucje w sercach moich psotników, oraz w moim.

 





Przychodzi taki moment w życiu, że uświadamiasz sobie, że robisz za mało. Czegoś brakuje w tej całej twojej pracy. Tak samo bywa w pracy misyjnej. Wtedy potrzebna jest inspiracja. Czasem przychodzi sama, czasem odnajdziesz ją gdzieś daleko. Czegoś brakowało w mojej pracy z dziećmi a ja nie mogłem dojść czego. Myślę że chodziło o duchowość... a konkretnie o ich dusze. Można zapewnić ludziom doskonałą rozrywkę, ale na nic się to zda, jeśli nie zbawią swoich dusz. Myślę że dobry wolontariusz to taki, który zatroszczy się dla swoich podopiecznych o jedno i o drugie.


 

 



 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Fabryka przyszłości

 
 
 
Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem majsterkować. Często biegałem ze śrubokrętem lub młotkiem w dłoni. Pomagałem tacie zbijać paczki na ziemniaki, rozkręcałem stare zegarki i radia. Wrodzona ciekawość pchała mnie naprzód jak przygoda. Myśl przewodnia mojego dzieciństwa brzmiała: Fajne urządzenie!Ciekawe, jak jest zrobione? Kombinerki i klucze do śrub były moimi przyjaciółmi. Naprawienie zapięć narciarskich czy miksera kuchennego sprawiało mi przyjemność. Dawałem bezużytecznym rzeczom drugie życie. Lubiłem to.
 
10 lat później wylądowałem w Norwegii. Pracowałem przy produkcji drzwi i okien. Moja siostra kupiła dom i zacząłem remonty. Panele, karnisze, blaty kuchenne, uchwyty, listwy przypodłogowe, odnawianie starych szafek. Długa lista. Nabyte w dzieciństwie umiejętności przydały się w odnawianiu domu. A odnawianie domu przydało się w Afryce. W 2012 roku wylądowałem na placówce misyjnej w Kabwe, w Zambii.Przełożony wskazał mi krzywy stół, rozklekotane krzesła, zacinające się drzwi i szafkę do odnowienia. Poszło jak z płatka. To były początki na misji. Później worek z rzeczami do naprawy się rozwiązał.
 
Podobnie komputery. W wieku piętnastu lat szalałem na ich punkcie. Kiedy dostałem pierwszy komputer, byłem wniebowzięty. Wpatrywałem się w niego godzinami. Oczy czerwieniały, tętno ustawało. Na szczęście później zmądrzałem. To „później” trwało kilka lat. Ale o komputerach wiedziałem wszystko.Ta wiedza teraz mi się przydaje. Prowadzę w Afryce kursy komputerowe.
 
Kilka lat temu odkryłem w sobie powołanie misyjne. Zgłosiłem się do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. Salezjanie przygotowali mnie do wyjazdu.W Zambii zrozumiałem, że sam Bóg już od małego przygotowywał mnie do misji.W fabryce teraźniejszości szlifował moją przyszłość.
 
To, co robiliśmy w przeszłości, przygotowało nas do tego, co robimy teraz. To co robimy teraz, przygotowuje nas do tego, co będziemy robić w przyszłości. Więcej. Nasza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są przygotowaniem do wieczności. A nad tym wszystkim spokojnie czuwa ręka Boża.
 
 
 

środa, 2 stycznia 2013

Wewnętrzna walka

Na przystanku autobusowym ruch jak w ulu. Ludzie schodzą się ze wszystkich stron, po czym gromadnie wciskają się do swoich autokarów. Właśnie wybiła 18:00, ja nadal czekam na busa, który powinien tu być o 16:30. Stoję oparty o barierkę i denerwuje się. Kątem oka widzę czarnoskórego, bezdomnego gościa, który podchodzi do śmietnika 10m ode mnie. Przeszukuje kosz w poszukiwaniu jedzenia. Nie ma butów, jego ubranie jest brudne. W niemytych od dzieciństwa włosach można by znaleźć drobne śmieci pamiętające czasy kolonializmu. Mam ochotę coś zrobić. Chciałbym mu jakoś pomóc. Tylko jak? Zaczyna się wewnętrzna walka.

Anioł:
Pomyśl co możesz mu dać.

Diabeł:
No co mu dasz? 1000 kwacha? Bardzo szlachetnie. Na pewno pójdzie i kupi sobie coś do jedzenia. Popatrz, to jakiś pijak. Rozejrzyj się ile tutaj jest ludzi w około. Dlaczego akurat ty miałbyś mu coś dawać?


Anioł:
Masz w plecaku pięć bułek na podróż.

Diabeł:
Pamiętasz przypowieść o nieroztropnych pannach? Zabrakło im oliwy, a roztropne się z nimi nie podzieliły, bo też by im zabrakło. Przed tobą długa, dwunasto-godzinna podróż autobusem. Lepiej zatrzymaj prowiant dla siebie.


Anioł:
Możesz dać mu bułkę.

Diabeł:
Czy to coś zmieni? Biedak poradzi sobie i bez Twojej jednej bułeczki. Do tej pory sobie jakoś radził i żyje.



Anioł:
Jeżeli podejdziesz i podarujesz mu jedną bułkę, to będzie piękny gest.

Diabeł:
Widzisz tych ludzi w około? Wyobraź sobie jak się będziesz czuł podchodząc z Twoją bułką do bezdomnego. Wiesz jacy są ludzie. Ze wszystkiego się wyśmieją. Nawet jeśli nie na głos, to w duchu oni cię już po swojemu ocenią. Na pewno się wszyscy na ciebie będą patrzeć jak na głupca.


Anioł:
Wiem, że trudno jest ci się przełamać, jednak warto.

Diabeł:
Gość właśnie ma zamiar odejść od tego śmietnika. Już za późno. Jak to będzie jak zaczniesz podchodzić, a on odejdzie, bo cię nie zauważy? Zaczniesz go gonić z tą bułką? To się dopiero ludziska uśmieją. Weź sobie lepiej już daj spokój.



Anioł:
W najuboższych mieszka Jezus.

Diabeł: To bez sensu, podobnie zresztą jak ty, dobrze że już za późno. Zobacz, murzyn właśnie ma zamiar odchodzić...



Dość! Przeganiam myśli, biorę bułkę z plecaka, upewniam się czy bezdomny jeszcze nie odszedł i ruszam. Podchodzę do gościa. Czekając aż spojrzy mi w oczy, zastanawiam się co niby teraz mam powiedzieć. W końcu pokazuje bułkę w mojej dłoni i pytam: -Chcesz? Bezdomny coś bełkocze i podkłada swoje obie dłonie - znaczy chce. Daje bułkę i odchodzę. Wracam oprzeć się o barierkę.



czwartek, 13 grudnia 2012

Bazar zwany Zambią


Głęboko w Afryce na południe od równika, uśmiecha się na mapie państwo Zambia. Od trzech miesięcy to mój drugi dom. Przez ten czas moje stopy przemierzyły mnóstwo miejskich uliczek, a moje oczy zobaczyły życie ludzi tak odmienne od polskiego. Zambia to biedne państwo, jednak głównym zajęciem ludzi nie jest rolnictwo, jak to w takich państwach bywa. Owoce same rosną ma drzewach, nie potrzebują pomocy. Główne zajęcie Zambijczyków to handel. To państwo to jeden wielki bazar.

Sprzedawać można na ulicy lub na markecie. Market to takie miejsce gdzie można kupić wszystko. To ogromny jarmark, tandeta, skupisko handlarzy. Miejsce rozgwarzone, brudne i hałaśliwe. W Kabwe są dwa ogromne markety. Każdy sprzedawca tutaj, ma zazwyczaj swój stragan, zrobiony z czterech kołków, przykrytych pozszywanymi, workami. Co lepsi mają małe budynki sklepowe. Pozostali rozkładają swój towar na płótnie, na suchej ziemi. Towarem są ubrania z drugiej ręki, kalosze, plastikowe kolorowe wiadra, noże, naczynia kuchenne, grzebienie, lusterka kieszonkowe - słowem chińszczyzna. Kiepskiej jakości chińskie produkty zalewają Afrykę. Jak te towary się dostają na czarny kontynent? Otóż przypływają ogromnymi statkami, w kontenerach do portu w Dar es Salaam (Tanzania). Stamtąd ciężarówkami na poszczególne markety do handlarzy.
Oprócz chińszczyzny, na naszym bazarze można kupić produkty lokalne: owoce tropikalne, warzywa, bułki kukurydziane pieczone na oleju. Popularne są również drobne, suszone, cuchnące rybki, w okół których zawsze roją się muchy. Jednak największym hitem sprzedaży w Zambii są doładowania do telefonów komórkowych. Karty-zdrapki można nabyć na każdym rogu.

Przechadzam się po markecie w poszukiwaniu mango. Jest upalnie i tłoczno. Raz z prawej, raz z lewej strony słyszę charczącą muzykę. Zambijczycy kochają muzykę. Kto ma głośnik, wystawia przed swój sklepik i gra najgłośniej jak się tylko da. Słaby głośnik pod naporem wielkiej mocy zaczyna się pocić, sapać, chrząkać, wzdychać, skamleć i biadolić. Membrana drży, a drgania są głębokie i rozrywające. Charcząca muzyka idzie w eter, dociera do moich uszow i rozbraja zmysł koncentracji, tak, że juz nie wiem po co ja tu przyszedłem. A tak... mango. Znalazłem. Leżą na płótnie na ziemi. Obok nich leży Pani która je sprzedaje. Natomiast obok pani leży dwójka jej dzieci. Jednego z nich karmi piersią. Widać, że jest zmuszona pogodzić obowiązki matki z obowiązkami sprzedawczyni. Biorę wszystkie owoce, które jej zoztały. Dzisiaj niech wróci wcześniej do domu.

Handlować można również na ulicy. O siódmej rano, chodniki ciągnące się wzdłuż ulic mojego miasta Kabwe, zarastają różnego typu sprzedawcami. Uliczny sprzedawca rozkłada swój towar na płótnie, przykuca i czeka, na klientów. Trochę pogada z kolegą z prawej, trochę z kolegą z lewej dla zabicia nudy. Kiedy widzi przechodzącego białego, koniecznie chce zwrócić jego uwagę. Biały ma przecież pieniądze, a nóż coś kupi. Ale nie kupuje. Umysł białego funkcjonuje inaczej. Wie po co przyszedł do miasta, wie co chce załatwić, nic go nie wybije z rytmu. Widząc, że chodnik zalewają sprzedawcy oraz ich fanty, biały szuka pospiesznie miejsca gdzie postawić stopy, żeby przejść dalej. Dociera do celu, załatwia sprawę i wraca do domu. Tam obiera kolejny cel do zrealizowania.

Żeby prowadzić "działalność gospodarczą" i na przykład sprzedawać obuwie, nie trzeba wiele. Codziennie kiedy wychodzę z terenu naszej placówki na ulicę, widzę pewnego pana sprzedawcę. Jego salon obuwniczy nie ma lady ani kasy fiskalnej. Nie ma nawet ścian ani sufitu. Pan sprzedawca siedzi pod drzewem, a obok niego rozłożone jest sześć par butów - taki to sklep.

Handlowanie nie wymaga wielkiego nakładu pracy. Za to trzeba inwestować swój czas. A czas tutaj ma każdy.